35

Jesień.
20 października 2016
Wychodząc
7 listopada 2016

35

lat. Nie chce mi się robić podsumowań, zastanawiać się, ile dobrych wyborów w życiu dokonałam a ile złych, co mogłabym zmienić, a czego już zmienić nie mogę..

Lubię swoje życie.

Nasz zabałaganiony dom, który może i czasem chciałabym widzieć inaczej – zawsze ogarnięty, schludny, wyczyszczony, z niezagraconymi podłogami, świecącymi półkami, książkami ułożonymi według wielkości i grubości.. No cóż.. podłogi często zawalone są zwierzakami, kartkami papieru, kredkami, kawałkami puzzli. I choć regularnie sprzątamy i układamy, co-się-da to jakoś zawsze wszystkiego wszędzie jest pełno. Na półkach piętrzą się kserówki z mojego ostatniego kursu, ostatni Twój Styl, którego nie mam kiedy przeczytać i kilka przedszkolnych prac Michała. Oraz dwie książki otwarte w połowie, które czytam, kiedy mnie najdzie ochota lub nadmiar wolnego czasu. Zawsze jest coś w koszu do prania, zawsze jest coś do uprasowania. Jednak czasem wybieram książkę i bezruch, mimo, że ulubione koszule i bluzeczki wołają rozpaczliwie o uwagę i żelazko. Nie uciekną. A ja już wiem, że moment regeneracji i psychicznego odpoczynku znaczy więcej niż równe stosy poukładanej w szafie bielizny. Złapanie równowagi to sztuka. Opanowuję ją powolutku, oswajam.

Moją pracę, która jednego dnia przygina do ziemi i karze błagać o litość i siłę, drugiego dźwiga wysoko podbródek i daje mocny kop satysfakcji i poczucia spełnienia a trzeciego przynosi pokorę i wdzięczność wobec tego, co sama mam. Czasem idę na dyżur z ochotą, czasem pełznę z przymusem.. Tak po prostu jest. Złe momenty trzeba przełknąć ze świadomością, że zawsze przychodzą te lepsze. I tak się dzieje. Zawsze.

Moje hałaśliwe, żywiołowe dzieci. Temperamentne, charakterne, wyrażające głośno swoje zdanie. Nie.. nie są ułożone, grzeczne, cichutkie i trzymające się w każdej sytuacji za rękę. Bywa, że się szarpią, biją, głośno wykrzykują o swojej wzajemnej niechęci. Bywa, że wieczory witamy otwartymi ramionami i wdzięcznym sercem bo oto nadszedł czas, kiedy idą do łóżka, zasypiają i tym samym milkną. Jednak doskonale się rozumieją i – wiem – bez siebie byliby zupełnie inni. I ja również bez nich byłabym zupełnie inna..

Mojego męża. Lubię go w domowych dreszościach i w wyjściowej koszuli. Pasuje mi. I choć nasze wspólne lata to nie tylko pasmo lizania sobie z dziubków miodku, to każde złe doświadczenie w efekcie zbliżyło nas i zacieśniło relację. Lubię spędzać z nim czas. Razem z dziećmi i bez dzieci. W domu i poza nim. Mój partner, przyjaciel. Opoka, na której mogę się wesprzeć. Sprawdzona podczas niejednej burzy, nawet nawałnicy. Stała niezmienna mojego życia.

Przyjaciółkę, która jest. Bez względu na to czy dzwonimy do siebie raz na tydzień czy dwa, zagonione między rodziną a pracą. Jest. I przyjmie wszystko, co jej powiem. I vice versa. Rodzinę. Prawdziwych znajomych, z którymi mogę się pośmiać i ponarzekać. I tych, których traktuję z przymrużeniem oka. Już potrafię odróżnić ziarno od plew. Już potrafię ignorować małostkowość i hipokryzję. I przymrużać oko, wiedząc, co i kto liczy się w moim życiu najbardziej. Już wiem, że ilość nie równa się jakość. I że dużo zależy ode mnie. Ster jest mój.

I siebie. Uczę się akceptować siebie taką, jaką jestem. Nie zmieniam się na siłę. Nic nie muszę. Mogę. Choć niekoniecznie zawsze chcę.. Słucham intuicji. Inaczej postrzegam świat i ludzi..choć bywa, że ich nie lubię, bardzo nie lubię. I pewnie i oni nie lubią nie.. jednak akceptuję ten stan rzeczy. Nie można kochać wszystkich. Nie wszyscy kochają mnie. Nie można dogodzić wszystkim i jednocześnie sobie. Zawsze znajdzie się ktoś, kto skrytykuje, wyśmieje, pokaże palcem. Tyle. Nie boli.. :)

Lubię takie życie – nieidealne, ze świadomością własnych ograniczeń i niedoskonałości, prujące do przodu, w dresie i w szpilkach, w szmince i bez tuszu, w sukience i szpitalnym uniformie, na podłodze pośród papierów i przy biurku, ćwicząc czytanie i pisanie, na łóżku, oglądając film z ręką w ręce męża i w knajpce, kiedy udało nam się wyrwać godzinę poza domem. Z gorącą, parującą herbatą i lampką schłodzonego, ulubionego wina.

Lubię

żyć.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.